Pokazywanie postów oznaczonych etykietą młoda mama. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą młoda mama. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 czerwca 2014

nowe ziomeczki w naszej crew

Niedziela. Zamiast na kolejną kawę, kolejne rozmowy o życiu i przeżyciu – spacer z dziećmi. My, dwie dziewczyny, przyjaciółki, które leczyły razem pierwsze kace (śpiewając „Nie ma, nie ma wody na pustyni”), ocierały pierwsze miłosne łzy, snuły plany na miejsce telewizora na ścianie w przyszłym, wspólnym mieszkaniu (telewizor, really?) idziemy na spacer, z dziećmi do tego. Własnymi. Tzn moje jest moje, a Jej jest nie do końca jej, bo jej taty. Czyli wspólna krew. Czyli brat. „Nie mogę w to uwierzyć”, „Kto by pomyślał” - te i kilka innych patetycznych zdań musiało być wypowiedzianych. Bo nikt by nie pomyślał. A jednak.


Ola, od pierwszych miesięcy swojego cudownego życia poznaje codziennie nowych ludzi, jest to przywilej dzieci młodych rodziców. Dużo znajomych = dużo cioć i wujków. Ola ma też dwa domy, i w każdym z nich czeka na nią dużo miłości, ciepła i przygód. Myślę, że to sprawia, że nie wstydzi się przy poznawaniu kogoś. Zero dystansu, od razu przechodzi na wyższy poziom znajomości. Kumple? Kumple, przecież znamy się już pięć minut. Ma to chyba po mamie.







Obserwowanie tych małych ludzi jak wchodzą w subtelną, nieśmiałą (jak zauważycie na filmie, te słowa tyczą się tylko Stasia, bo Ola chyba nigdy nie zrozumie co one znaczą) interakcje było czymś fascynującym i rozczulającym. Chcę więcej. Ogłaszam nabór na nowych przyjaciół na mojego dziecka. 







wtorek, 10 czerwca 2014

Powody, dla których moje dziecko płacze.

Ból.
Głód.
Lęk.
To są główne powody dla których dzieci płaczą. W racjonalnym świecie.
Ola w pierwszych miesiącach swojego super życia bardzo mało płakała. Dlaczego? Podejrzenie numer jeden brzmi, że dlatego, że byłam tak niesamowicie sprawna w spełnianiu matczynych obowiązków, że nie miała powodów do płaczu. Podejrzenie numer dwa, które odbiega trochę od podejrzenia numer jeden : Olina widziała, że potrzebuję trochę czasu, aby udoskonalić swoje matczyne umiejętności, więc była wyrozumiała. Luz malina. Czasami było tak, że płakałam razem z nią. Z czystej bezradności (btw. bezradność to jedno z niewielu uczuć, które wzbudza we mnie salwy płaczu).
Raz było tak, że to ja płakałam, a Ola niestety patrzyła. Moment ten był epicki i myślę, że zapamiętam go do końca życia. To wtedy zakochałam się w niej po raz drugi. Ola spała w moim łózku, ja po jakiejś kłótni położyłam się na łóżku i udawałam histeryczkę. Łzy leciały mi z oczu i co jakiś czas wzdychałam. Imie-maja-zawód-cierpiętnik.kłopociki.problemiki.com. Cukrowa lalka obudziła się (za pewne po kolejnym ah jak mi źle jak niedobrze), spojrzała na mnie i POGŁASKAŁA MNIE po policzku. Dziecko, które ledwo widzi kolory, które jeszcze nawet nie siedzi – odczytała emocje z mojej twarzy. Podobno dla takiego bobasiątka twarz mamy jest jedynym elementem krajobrazu, które odróżnia od plam. Jest dla niego całym światem. A jak świat Ci płacze – to musisz pogłaskać, i powiedzieć „światku, światku, nie płacz”.

Podobno też, dla rodziców ich dzieci są cały światem (podobno, bo co ja o tym mogę wiedzieć). I jeśli Twoje dziecko płacze – łamie Ci się serce. Do pewnego czasu. Im dzidzia starsza – tym więcej płacze. Wczoraj udostępniłam na blogowym instagramie zdjęcie jak mój świat płacze. Płakała bo nie dałam jej wyrwać sobie z rąk mojego telefonu, który zawsze albo bierze do buzi (słyszałam plotki, że na słuchawce telefonicznej jest więcej zarazków niż na muszli klozetowej. Panie google czy to prawda?), albo macha nim ostentacyjnie, jak orderem zwycięstwa, po czym z ekscytacji wypada jej on z rąk i się rozpada na części pierwsze. Jest to sytuacja nagminna. Miałam trochę oporów przed opublikowaniem tego zdjęcia, no bo przecież to, że robię dziecku zdjęcia gdy rozpacza, zamiast wziąć na rączki, przytulić, powiedziec luli luli mama Cie przytuli i da Ci telefon, albo da Ci włożyć palce do gniazdka, bo przecież chcesz, da Ci widelca którym je obiad, bo przecież chcesz, da Ci porwać struny od gitary i poharatać sobie skórę, bo przecież chcesz, luli luli, luli laj. Ale potem przypomniałam sobie o stronie www.reasonsmysoniscrying.com, na której rodzice z całego świata wklejają zdjęcia swoich pociech, które płaczą z absurdalnych powodów. Komitywa parentingowa.
Obraz męki na ich twarzy, rozpacz, sromotne łzy w zestawieniu z wytłumaczeniem powodu cierpienia jest naprawdę rozczulający. Komiczny. Sprawia, że histerie swojego dziecka bierze się na dystans, na luzie. Kto wie, może zauważy w swoim zachowaniu absurd i samo siebie uspokoi?

Te dziecko wygrywa internet.













DRAMAT

Znam taką, co jak przychodzi do mnie do domu to cały czas puszcza Beyonce, a jak proszę ją aby przestała to robi podobną minę. 




Indywidualizm od najmłodszych lat.


Myślę, że on też płakał z bezradności, tak jak ja. 





NAJLEPSZE ZDJĘCIE EVER.

Znam też taką, która obraża się wtedy, gdy nie chcę sobie zrobić z nią selfie.


Tydzień temu musiałam wybiec spod prysznica na golaska, z pianą na włosach bo Olina obudziła się na dwie sekundy, zobaczyła mnie, uśmiechnęła się i wróciła do spania. Pozdrawiam.








Pamiętam czasy, gdy Ola bardzo uspokajała się przy dźwiękach Wrecking Ball, albo Stay Pani Rirri. Co za bezwstydnie mainstreamowe dziecię. 

Też tak czasem mam. Najczęściej rano. 


Pamiętam, że jak oglądałam Breaking Bad, a potem miałam karmić piersią Krynkę, to bardzo bałam się tego, że dostarczam dziecku zestresowane mleko. 

Ten wykrzyw twarzy, haha. 


Oglądanie tych zdjęć utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie tylko ja jestem 'wyrodnym rodzicem'. Że dzieci są czasami irytujące, ale warto obrócić to w żart, niż na serio się tym przejmować, a co gorsze - denerwować się na nie i krzyczeć. Po co płaczesz, nie płacz, po co robisz, nie rób. 

Uprzedzam was również, że zaczynam na insta insta serie #thereasonmybabyiscrying. Co nie znaczy, że będę ją zmuszać do płaczu, pokazywać jej cukierki, a potem je zabierać. Płacz będzie jak zwykle przypadkowy, nieoczekiwany, niedorzeczny, i dla mnie, na szczęście zabawny. Sorry, zlinczujcie mnie.

Wszystkie zdjęcia (oprócz mojego z moim przecudnym dzieckiem aka Breżniew) pochodzą z tej niesamowitej strony.

środa, 28 maja 2014

komunikacja niewerbalna

olinka czasamii, o trzeciej w nocy, zapomina, że nie potrafi mówić


Ola była pierwszym dzieckiem jakie trzymałam na rękach. Nie umiem dzieci. Nie znałam się na dzieciach i myślę, że moja wiedza jak na razie powiększyła się o bardzo oczywiste informacje, które potrzebne są każdemu z nas do przetrwania. Lub o ciekawe ciekawostki, takie jak to, że żeby Twój bobas był mądry puszczaj mu muzykę poważną, Bacha i Mozarta. To wiem. Czy Kanye West, Rojek i Bjork to muzyka poważna?

W weekend odwiedziłam mojego tatę za miastem. Psy, koty, starocie, płyty z gramofonu, konie 10 metrów od domu, natura i chill. Do momentu, w którym spokój postanowił przełamać trzylatek – wnuczek sąsiadki. Ten młody jegomość na początku wzbudzał we mnie ciekawość. Byłam nawet podekscytowana, że będę miała okazję poobcować ze starszym dzieckiem, trochę bardziej przypominającym człowieka niż moja cukrowa lalka, która wówczas kimała. Widziałam, że mi się przygląda, pierwszy raz widział mnie na oczy. Zadał głośne, pełne pretensji pytanie 'A KTO TO JEST?' i nadal się na mnie gapił. Chciałam nawiązać z nim wspólne flow, otworzyć usta i zacząć z nim rozmowę. Usta otworzyłam, owszem, ale wydobył się z nich tylko żałosny dźwięk eeeeeeee – oznaczający niewiedzę. Kompletnie nie miałam pojęcia co się do takich dzieci mówi. Na jakim są one poziomie emocjonalnym, na co można sobie pozwolić, a na co nie. Z oddali obserwował mnie tata, widziałam jaki dumny jest z tego, że zrobiłam się taka kids friendly, że z każdym dzieckiem sobie mogę poplotkować, pożartować, być drugą mamą. Po chwili doszłam do siebie, coś tam do niego mówiłam, on mi coś odpowiadał, nie wiem co, bo nie rozumiałam go ani trochę. Ale myślę że tak, że się lubimy, na pewno.

Staram się być człowiekiem słowa (oh ah), doceniam je i podziwiam, lubię się nim posługiwać. Komunikacja werbalna jest głównym środkiem komunikacji międzyludzkiej. Jak komunikować się z postacią, która nie mówi nic, która tylko się patrzy? Przez pierwszy tydzień po przyjściu Kryni na świat (przyszła sama, mhm, zero mojej zasługi) nie odzywałam się do niej. Czułam blokadę. Po co mówić do dziecka, które nic nie rozumie. Gdy mama dźgała mnie paluchem, jak ta baba z Dnia Świra i mówiła „no powiedz coś, powiedz, zobacz jak się patrzy” ja starałam się przełamać. Czułam się bardzo kretyńsko i sztucznie. Po jakimś czasie mówienia, skumałam, że raczej nie chodzi o sens słów, które wypowiadam, tylko o ciepło mojego głosu, o ton, i o bezpieczeństwo jakie ona czuje gdy mnie słyszy. Równie dobrze zamiast słów kocham Cie robaczku mogłabym mówić do niej zupa pomidorowa z kluskami. Szczęście z obydwu stron niewyobrażalne.

Z jednej strony nie mogę się doczekać tego, aż zacznie wypowiadać konkretne słowa, a z drugiej strony jak słyszę kiedy dorośli mówią : Pani Majo albo ta Agnieszka to na drugie miała Krzysztof (pewnie wkradł się gender), szłem szłem i nie doszłem, dzieci pyskują rodzicom, starają się być śmieszne (nie ma nic gorszego niż dziecko opowiadające kawał!) to cieszę się, że my z Olinką dogadujemy się na poziomie symbolicznym. Rozumiemy się.

„Nie umiem” dzieci. Umiem tylko moje dziecko. W stu procentach. Na pamięć.


środa, 21 maja 2014

Maju, życzę Ci...

                                                                soundrack

Maju,

jesteś dla mnie bardzo ważna, więc chciałabym, aby wszystkie piękne życzenia, które złożyli Ci Twoi przyjaciele się spełniły. Chciałabym jednak dodać coś od siebie.


Życzę Ci marzeń. Życzę Ci, abyś mogła bez poczucia winy marzyć i wierzyć, że kiedyś te marzenia zrealizujesz. Same się nie spełniają, Ty musisz to zrobić, zapamiętaj. Radzę Ci, abyś w końcu znalazła do nich drogę.
Życzę Ci sprecyzowanych planów życiowych i umiejętności tworzenia ich racjonalnie. Musisz krok po kroku dążyć do ich realizacji, więc, życzę Ci dużo siły i cierpliwości. Wiem, że jesteś silna, pokazałaś to nie raz.
Dobrze wiesz, że pomysły – ulotna rzecz, więc życzę Ci dużo spokoju. Spokój uratuje Cię od frustracji, która pojawia się gdy czujesz się bezradna, zawsze wtedy gdy nie masz czasu na zmaterializowanie owych pomysłów. Ich nigdy nie brakuje. Ciesz się, że nie jest odwrotnie.
Znajdź różnicę, między braniem przykładu z innych, a porównywaniem siebie do innych. Możesz robić to pierwsze, to drugie sobie odpuść, nie prowadzi do niczego dobrego.
Chciałabym, żeby śpiewała za Edith Piaf „Non, je ne regrette rien...”, żebyś nigdy nie miała ochoty ochoty cofnąć czasu, żebyś pamiętała przyszłość, żyła teraźniejszością, i myślała o przyszłości. Powinnaś się w końcu tego nauczyć. Czas nie jest Twoim wrogiem. Nie powinien być.

Do tego życzę Ci : Warszawy, Londynu, Berlina, Nowego Yorku,  nieskończonej ilości zajebistych książek, czasu na przeczytanie tych wszystkich zaległych artykułów, które masz pozaznaczane i odłożone, możliwości zaprojektowania własnego domu i zaaranżowania go, zawsze ładnie pomalowanych paznokci, niekończącej się rukoli i niskokalorycznej pizzy, poranków na plaży, możliwości podróżowania, i zrealizowania planu eurotripa, sushi raz w tygodniu, Chanelki, wydania zbioru opowiadań, kolacji z przyjaciółmi, żeby ktoś kiedyś zadedykował Ci książkę, jaśminowych perfum, kilograma pistacji, darmowych biletów na te wszystkie festiwale muzyczne i filmowe, które się szykują tego roku, tego psa co był w Masce, wycieczki z Thelmą i Louise, żeby młody Vincent Cassel był Twoim kochankiem, Chet Faker układał dla Ciebie piosenki, Flume zagrało na Twoich następnych urodzinach, Amy Winehouse zmartwychwstała i napiła się z Tobą wódki, i zrobiła Ci tatuaż na imprezie, żeby Kanye West napisał o Tobie post na twiterze, a Edgar Keret wypił z Tobą wiadro kawy.
Życzę Ci, żeby Twoja córka zawsze patrzyła na Ciebie tak jak teraz, z miłością, podziwem i zaufaniem, żeby była z Ciebie dumna i żebyście inspirowały siebie nawzajem, żebyście bawiły się ze sobą najlepiej na świecie, żeby zamiast Lala mówiła do Ciebie mama i żeby w przyszłości wiedziała, że warto rozmawiać. Z Tobą. O wszystkim. 
Miłości Ci życzę, dzięki której będziesz chodzić 30 centymetrów ponad chodnikami, która Cie uskrzydli, ożywi, zregeneruje, ukoi (brzmi to jak reklama kremu do rąk, który też Ci się przyda), popchnie do poznania siebie na nowo, nie wyrwie Ci serca, tylko złapie je, ściśnie, i je ogrzeje, która Cie pogłaszcze po głowie i sprawi, że będziesz się czuła najważniejsza na świecie. Dla kogoś. (Okej, tak się czujesz dzięki miłości rodzicielskiej, ale zasługujesz na true romance. )

Mai – Maja.

Ps: Żeby to wszystko się spełniło musisz działać.


piątek, 16 maja 2014

Na co nie pozwala mi posiadanie dziecka?


A co wam utrudnia spełnianie marzeń?

Więcej na ten temat wkrótce! Teraz pędzę, aby odwiedzić Poznań, miasto doznań. Krynia spędza weekend z tatą, więc mama Maja będzie udawać, że jest beztroska i że ma urodziny w piątek i w sobotę, a nie w poniedziałek.
Ostatnio mój highlife ogranicza się do słuchania za głośno muzyki, przechodzenia na czerwonym świetle i przedawkowania zielonej herbaty. Ja wiem, życie na krawędzi. Postanowiłam więc pomóc przygodzie i pojechać autostopem, ale wczoraj zgrzeszyłam. Ja Maja, na drugie mi hipokrytka. Trafiłam wczoraj na imprezę na kortowiadzie. Chociaż to miejsce, w którym się bawiłam kortowiady nie przypominało ani trochę. Ludzie nie aż tak bardzo pijani i muzyka zajebista i pod sceną nie było pogo. Zero golizny i agropola. Dzięki Trap nie Disco za zajebisty balet. Przez który nad ranem podróż na stopa wydawała mi się logistycznie niemożliwa...
Ale dzień jeszcze nie stracony, szansa nie zmarnowana, PKP na pewno zorganizuje mi jakieś przygody. Co prawda dzisiaj klimat mamy dobry, ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby sobie postać chwilę na polu i pokontemplować przyrodę i snuć refleksje nad swoją matczyną rolą. Śledźcie mnie na blogowym Instagramie gdzie będę relacjonować wyzwanie pod tytułem pociąg.

Z fartem.

wtorek, 13 maja 2014

Dziękuję Wam

 Czy macie kogoś wokół siebie, kto nie jest z wami powiązany więzami krwi, nie macie wspólnej babki, nie odziedziczycie dworku rodzinnego, ani nawet cukiernicy, nie jesteście też powiązani żadnymi umowami notarialnymi, nie dzielicie się kurtuazyjnie opłatkiem w czasie świąt, ale biegniecie na spotkanie z nim 5 minut po wigilijnej kolacji? Jasne, że macie. To przyjaciel.

Przyjaciel Młodej Matki to o tyle ciekawa rzecz, że go wcale być nie musi.
Nie każdy musi zgrać się
  • z tym, że już nie jest Z Ciebie WILD CHILD
  • z całkowitą zmianą Twojego życia
  • z tym, że Twoje priorytety, czy chcesz tego czy nie (za każdym razem jasno dajesz do zrozumienia, że nie chcesz), nie są już takie same jak były kiedyś
  • na pewno nie są takie same jak jego. Przyjaciela owego. Hipotetycznego
  • z tym, że dla Ciebie spontaniczny wypad MUSI być zaplanowany
  • z tym, że plany na pewno ulegną zmianie, bo dla takiego małego, sprytnego, autorytarnego bobasa nie bardzo istotne jest to, że Ty się gdzieś umówiłaś. Ważniejsze są teraz inne rzeczy. Papka z jabłka, na przykład. (Za przykład możesz sobie dobrać naprawdę każdą, nawet tą najbardziej abstrakcyjną rzecz. Niewykluczone, że nam się to trafiło.)
  • z tym, że jak masz 'czas wolny' to nie zawsze chcesz się spotkać. Zmęczenie bije po twarzy i mówi 'uspokój się, odpuść sobie, obejrzyj pięć odcinków „czegokolwiek”
  • z tym, że jak tego czasu nie masz, to akurat wtedy chcesz się spotkać. Na spotkaniu nerwowo patrzysz na telefon, czy przypadkiem aktualny opiekun Twojego dziecka nie dzwoni na alarm
  • z tym, że SZYBKIE wyjście z domu zajmuje Ci minimum godzinę, bo chcesz ukryć wszelkie oznaki tego, że toczysz walkę pod tytułem macierzyństwo
  • z tym, że kilka razy w czasie rozmowy podnosisz swoje dziecko na wysokość twarzy rozmówcy i pytasz 'ładna jest, co nie?'
  • z tym, że dodzwonienie się do Ciebie graniczy z cudem, zawsze masz wyciszony telefon, żeby nie obudzić bobaska gdyby spał 
  • z tym, że najczęściej spotkanie odbywa się w Twoim domu. Mało w Twoim mieście kawiarni kids friendly (mało = zero), nie pójdziesz też z dzieckiem na imprezę. Mimo tego, że te często zaczęły tam swoją przygodę, jakoś nie są mile widziane
  • z tym, że często jesteś poirytowana, sfrustrowana, zmęczona, zła nie wiadomo na co
  • z tym, że często jesteś szczęśliwa, dumna, szczęśliwa, spełniona, szczęśliwa.

Ale są tacy, którzy się zgrywają. I im bardzo dziękuję. I doceniam.
I wiem, że moje bobo też dziękuje.

PS: W sklepie pełno przaśnych napisów „I love my mom”, „Sweet like mummy, cool like daddy” (w naszym przypadku powinno być odwrotnie), „kocham wszystkie mamy, tatusiów i babcie i dziadków też kocham, i jak rodzeństwo jest, to je też kocham.”
Producenci nie biorą pod uwagę przyjaciół rodziców, którzy stają się przyjaciółmi dzieci. Postanowiłam wziąć sprawę w moje niesamowicie zręczne rączki and DO IT YOURSELF.
Skromne podziękowania dla jednej z cioć. Młoda sama podyktowała co mam napisać.  




sobota, 10 maja 2014

start

Siemanko!
Moje imię to Maja, moje nazwisko przepiękne, panieńskie, mój wiek to wspaniałe 21 (jeszcze tyle czasu do przewidzianej, honorowej, słynnej śmierci w wieku 27 lat!), moja mała Ameryka to jak na razie Olsztyn (chociaż zawsze podejrzewałam, że Warszawa), moje marzenia to PWSFTviT w Łodzi, moje serce rude, mój zapał słomiany, a mój teraźniejszy zawód to zawód-matka.

Szok? Szok. Element zaskoczenia, szczególnie dla mnie! Jedno drugiego kompletnie się nie trzyma, bo jak trzymać w głowie plany o filmówce, sławie i bohemie artystycznej gdy trzyma się na rękach małego człowieka, który jest dziesięciokilogramowym workiem cukru, i stu kilowym obowiązkiem.
Do rzeczy - pomimo wszelkich możliwych utrudnień staram się przełamać konwenanse dotyczące młodej matki i kombinować jak tu dalej żyć człowieku w zgodzie z kulturą, 
z bieżącymi wydarzeniami.
Ba! Jak żyć w zgodzie z innymi ludźmi! Normalnymi (czytaj : bezdzietnymi). Trzymam też sztamę ze swoją kreatywną stroną mózgu podczas codziennej pielęgnacji mojego malutkiego ziomka (właściwie to ziomalki, ale to chyba najbrzydsze słowo świata, chociaż ostatnio zostałam nazwana kobietą- ziomalką, co bardzo mi schlebia, dunno why), wymyślam sposoby na to, aby nadal rządzić światem bez wychodzenia z domu.
Lubię pisać, biorę udział w lokalnych konkursach literackich, nawet postudiowałam chwilę filologię polską na rodzimym uniwersytecie, na którym też uczęszczałam do koła „Inter Gender”, które jak pewnie się domyślacie zajmuje się zagadnieniem, dla mnie najciekawszym na świecie - gender - dżender. Próbowałam też rok temu dostać się na produkcję i organizację filmową w Łodzi, ale rozmowa kwalifikacyjna mi nie poszła, do dziś podejrzewam, że było to spowodowane zmęczeniem podróżnika, czyli podróżą na stopa z Olsztyna i ciągłym strachem, że nie wyrobię się na Openera do Gdyni, który zaczynał się tego samego dnia. Ups.

I chyba już wiem, co zrobić. Pisać o superinteresujących przygodach młodej, nie do końca samotnej matki, o tym, jak nie zostać w tyle, jak trzymać się w ryzach przy znajomych, którzy non stop gadają o problemach z promotorami swoich prac licencjackich, gdy w mojej głowie wierci się pytanie o to, czy ta plama na twarzy Młodej to wysypka, czy też zwykły syfek. Oni zastanawiają się, czy pójść na imprezę do Powiększenia czy do Pawilonów, a ja myślę, czy Młoda będzie pamiętać, że dzisiaj spadła mi z kanapy.

Mogłabym napisać o codziennej frustracji, przemieszanej z niewyobrażalną miłością,
o tym, jak bardzo obraża związek frazeologiczny matka-polka, o brudnych pieluchach przed obiadem, o plamach po mleku na imprezowych ubraniach, o wszystkowiedzących babciach, o problemie adopcji w Polsce, w którym brałam udział, o społecznym zakłamaniu wobec młodych rodziców, o hajsie. O tym, że dylematy to nieodłączny element gry o nazwie dorosłe życie. Mogłabym napisać też o tym, jak trudno było mi pogodzić się z myślą, że muszę zaopiekować się czyimś życiem, gdy jeszcze nawet nie potrafię zaopiekować się sobą.

Trochę to pesymistyczne się wydaje, ale mogę dodać, że gdy pisałam to w przemiłej kawiarni, z wybornym koktajlem, w głośnikach leciał Bonobo, a naprzeciwko mnie widziałam plakat o treści„marzenia są dla tych, którzy potrafią naprawdę wierzyć”. Plakat jest trochę kiczowaty, ale nie do końca, bo w słowie wierzyć literki w, i, e, r są lekko zamazane. Trzeba żyć. A ten kto dał życie drugiej osobie, chyba żyje podwójnie, co?

O miłości też będę pisać.

                                                                                                          Szacuneczek, Majka.