Niedziela. Zamiast na
kolejną kawę, kolejne rozmowy o życiu i przeżyciu – spacer z
dziećmi. My, dwie dziewczyny, przyjaciółki, które leczyły razem
pierwsze kace (śpiewając „Nie ma, nie ma wody na pustyni”),
ocierały pierwsze miłosne łzy, snuły plany na miejsce telewizora
na ścianie w przyszłym, wspólnym mieszkaniu (telewizor, really?)
idziemy na spacer, z dziećmi do tego. Własnymi. Tzn moje jest moje,
a Jej jest nie do końca jej, bo jej taty. Czyli wspólna krew. Czyli
brat. „Nie mogę w to uwierzyć”, „Kto by pomyślał” - te i
kilka innych patetycznych zdań musiało być wypowiedzianych. Bo
nikt by nie pomyślał. A jednak.
Ola, od pierwszych miesięcy swojego cudownego życia poznaje codziennie nowych ludzi, jest to przywilej dzieci młodych rodziców. Dużo znajomych = dużo cioć i wujków. Ola ma też dwa domy, i w każdym z nich czeka na nią dużo miłości, ciepła i przygód. Myślę, że to sprawia, że nie wstydzi się przy poznawaniu kogoś. Zero dystansu, od razu przechodzi na wyższy poziom znajomości. Kumple? Kumple, przecież znamy się już pięć minut. Ma to chyba po mamie.
Obserwowanie tych małych ludzi jak wchodzą w subtelną, nieśmiałą (jak zauważycie na filmie, te słowa tyczą się tylko Stasia, bo Ola chyba nigdy nie zrozumie co one znaczą) interakcje było czymś fascynującym i rozczulającym. Chcę więcej. Ogłaszam nabór na nowych przyjaciół na mojego dziecka.
To są główne powody
dla których dzieci płaczą. W racjonalnym świecie.
Ola w pierwszych
miesiącach swojego super życia bardzo mało płakała. Dlaczego?
Podejrzenie numer jeden brzmi, że dlatego, że byłam tak
niesamowicie sprawna w spełnianiu matczynych obowiązków, że nie
miała powodów do płaczu. Podejrzenie numer dwa, które odbiega
trochę od podejrzenia numer jeden : Olina widziała, że potrzebuję
trochę czasu, aby udoskonalić swoje matczyne umiejętności, więc
była wyrozumiała. Luz malina. Czasami było tak, że płakałam
razem z nią. Z czystej bezradności (btw. bezradność to jedno z
niewielu uczuć, które wzbudza we mnie salwy płaczu).
Raz było tak, że to ja
płakałam, a Ola niestety patrzyła. Moment ten był epicki i myślę,
że zapamiętam go do końca życia. To wtedy zakochałam się w niej
po raz drugi. Ola spała w moim łózku, ja po jakiejś kłótni
położyłam się na łóżku i udawałam histeryczkę. Łzy leciały
mi z oczu i co jakiś czas wzdychałam.
Imie-maja-zawód-cierpiętnik.kłopociki.problemiki.com. Cukrowa lalka
obudziła się (za pewne po kolejnym ah jak mi źle jak niedobrze),
spojrzała na mnie i POGŁASKAŁA MNIE po policzku. Dziecko, które
ledwo widzi kolory, które jeszcze nawet nie siedzi – odczytała
emocje z mojej twarzy. Podobno dla takiego bobasiątka twarz mamy
jest jedynym elementem krajobrazu, które odróżnia od plam. Jest
dla niego całym światem. A jak świat Ci płacze – to musisz
pogłaskać, i powiedzieć „światku, światku, nie płacz”.
Podobno też, dla
rodziców ich dzieci są cały światem (podobno, bo co ja o tym mogę
wiedzieć). I jeśli Twoje dziecko płacze – łamie Ci się serce.
Do pewnego czasu. Im dzidzia starsza – tym więcej płacze.
Wczoraj udostępniłam na blogowym instagramie zdjęcie jak mój świat
płacze. Płakała bo nie dałam jej wyrwać sobie z rąk mojego
telefonu, który zawsze albo bierze do buzi (słyszałam plotki, że
na słuchawce telefonicznej jest więcej zarazków niż na muszli
klozetowej. Panie google czy to prawda?), albo macha nim
ostentacyjnie, jak orderem zwycięstwa, po czym z ekscytacji wypada
jej on z rąk i się rozpada na części pierwsze. Jest to sytuacja
nagminna. Miałam trochę oporów przed opublikowaniem tego zdjęcia,
no bo przecież to, że robię dziecku zdjęcia gdy rozpacza, zamiast
wziąć na rączki, przytulić, powiedziec luli luli mama Cie
przytuli i da Ci telefon, albo da Ci włożyć palce do gniazdka, bo
przecież chcesz, da Ci widelca którym je obiad, bo przecież
chcesz, da Ci porwać struny od gitary i poharatać sobie skórę, bo
przecież chcesz, luli luli, luli laj. Ale potem przypomniałam sobie
o stronie www.reasonsmysoniscrying.com, na której rodzice z całego
świata wklejają zdjęcia swoich pociech, które płaczą z
absurdalnych powodów. Komitywa parentingowa.
Obraz męki na ich
twarzy, rozpacz, sromotne łzy w zestawieniu z wytłumaczeniem powodu
cierpienia jest naprawdę rozczulający. Komiczny. Sprawia, że
histerie swojego dziecka bierze się na dystans, na luzie. Kto wie,
może zauważy w swoim zachowaniu absurd i samo siebie uspokoi?
Te dziecko wygrywa internet.
DRAMAT
Znam taką, co jak przychodzi do mnie do domu to cały czas puszcza Beyonce, a jak proszę ją aby przestała to robi podobną minę.
Indywidualizm od najmłodszych lat.
Myślę, że on też płakał z bezradności, tak jak ja.
NAJLEPSZE ZDJĘCIE EVER.
Znam też taką, która obraża się wtedy, gdy nie chcę sobie zrobić z nią selfie.
Tydzień temu musiałam wybiec spod prysznica na golaska, z pianą na włosach bo Olina obudziła się na dwie sekundy, zobaczyła mnie, uśmiechnęła się i wróciła do spania. Pozdrawiam.
Pamiętam czasy, gdy Ola bardzo uspokajała się przy dźwiękach Wrecking Ball, albo Stay Pani Rirri. Co za bezwstydnie mainstreamowe dziecię.
Też tak czasem mam. Najczęściej rano.
Pamiętam, że jak oglądałam Breaking Bad, a potem miałam karmić piersią Krynkę, to bardzo bałam się tego, że dostarczam dziecku zestresowane mleko.
Ten wykrzyw twarzy, haha.
Oglądanie tych zdjęć utwierdziło mnie w przekonaniu, że nie tylko ja jestem 'wyrodnym rodzicem'. Że dzieci są czasami irytujące, ale warto obrócić to w żart, niż na serio się tym przejmować, a co gorsze - denerwować się na nie i krzyczeć. Po co płaczesz, nie płacz, po co robisz, nie rób.
olinka czasamii, o trzeciej w nocy, zapomina, że nie potrafi mówić
Ola była pierwszym
dzieckiem jakie trzymałam na rękach. Nie umiem dzieci. Nie znałam
się na dzieciach i myślę, że moja wiedza jak na razie powiększyła
się o bardzo oczywiste informacje, które potrzebne są każdemu z
nas do przetrwania. Lub o ciekawe ciekawostki, takie jak to, że żeby
Twój bobas był mądry puszczaj mu muzykę poważną, Bacha i
Mozarta. To wiem. Czy Kanye West, Rojek i Bjork to muzyka
poważna?
W weekend odwiedziłam
mojego tatę za miastem. Psy, koty, starocie, płyty z gramofonu,
konie 10 metrów od domu, natura i chill. Do momentu, w którym
spokój postanowił przełamać trzylatek – wnuczek sąsiadki. Ten
młody jegomość na początku wzbudzał we mnie ciekawość. Byłam
nawet podekscytowana, że będę miała okazję poobcować ze starszym dzieckiem, trochę bardziej przypominającym
człowieka niż moja cukrowa lalka, która wówczas kimała.
Widziałam, że mi się przygląda, pierwszy raz widział mnie na
oczy. Zadał głośne, pełne pretensji pytanie 'A KTO TO JEST?' i
nadal się na mnie gapił. Chciałam nawiązać z nim wspólne flow,
otworzyć usta i zacząć z nim rozmowę. Usta otworzyłam, owszem, ale wydobył się z nich tylko żałosny dźwięk eeeeeeee – oznaczający niewiedzę.
Kompletnie nie miałam pojęcia co się do takich dzieci mówi. Na
jakim są one poziomie emocjonalnym, na co można sobie pozwolić, a
na co nie. Z oddali obserwował mnie tata, widziałam jaki dumny
jest z tego, że zrobiłam się taka kids friendly, że z każdym
dzieckiem sobie mogę poplotkować, pożartować, być drugą mamą.
Po chwili doszłam do siebie, coś tam do niego mówiłam, on mi coś
odpowiadał, nie wiem co, bo nie rozumiałam go ani trochę. Ale
myślę że tak, że się lubimy, na pewno.
Staram się być
człowiekiem słowa (oh ah), doceniam je i podziwiam, lubię się nim
posługiwać. Komunikacja werbalna jest głównym środkiem
komunikacji międzyludzkiej. Jak komunikować się z postacią, która
nie mówi nic, która tylko się patrzy? Przez pierwszy tydzień po
przyjściu Kryni na świat (przyszła sama, mhm, zero mojej zasługi)
nie odzywałam się do niej. Czułam blokadę. Po co mówić do
dziecka, które nic nie rozumie. Gdy mama dźgała mnie paluchem, jak
ta baba z Dnia Świra i mówiła „no powiedz coś, powiedz, zobacz
jak się patrzy” ja starałam się przełamać. Czułam się
bardzo kretyńsko i sztucznie. Po jakimś czasie mówienia, skumałam,
że raczej nie chodzi o sens słów, które wypowiadam, tylko o
ciepło mojego głosu, o ton, i o bezpieczeństwo jakie ona czuje gdy
mnie słyszy. Równie dobrze zamiast słów kocham Cie robaczku
mogłabym mówić do niej zupa pomidorowa z kluskami. Szczęście z
obydwu stron niewyobrażalne.
Z jednej strony nie mogę
się doczekać tego, aż zacznie wypowiadać konkretne słowa, a z
drugiej strony jak słyszę kiedy dorośli mówią : Pani Majo albo ta
Agnieszka to na drugie miała Krzysztof (pewnie wkradł się
gender), szłem szłem i nie doszłem, dzieci pyskują rodzicom,
starają się być śmieszne (nie ma nic gorszego niż dziecko
opowiadające kawał!) to cieszę się, że my z Olinką dogadujemy
się na poziomie symbolicznym. Rozumiemy się.
„Nie umiem” dzieci.
Umiem tylko moje dziecko. W stu procentach. Na pamięć.
jesteś dla mnie bardzo ważna, więc chciałabym, aby wszystkie
piękne życzenia, które złożyli Ci Twoi przyjaciele się
spełniły. Chciałabym jednak dodać coś od siebie.
Życzę
Ci marzeń. Życzę Ci, abyś mogła bez poczucia winy marzyć i
wierzyć, że kiedyś te marzenia zrealizujesz. Same się nie
spełniają, Ty musisz to zrobić, zapamiętaj. Radzę Ci, abyś w
końcu znalazła do nich drogę.
Życzę
Ci sprecyzowanych planów życiowych i umiejętności tworzenia ich
racjonalnie. Musisz krok po kroku dążyć do ich realizacji, więc,
życzę Ci dużo siły i cierpliwości. Wiem, że jesteś silna,
pokazałaś to nie raz.
Dobrze
wiesz, że pomysły – ulotna rzecz, więc życzę Ci dużo spokoju.
Spokój uratuje Cię od frustracji, która pojawia się gdy czujesz
się bezradna, zawsze wtedy gdy nie masz czasu na zmaterializowanie
owych pomysłów. Ich nigdy nie brakuje. Ciesz się, że nie jest
odwrotnie.
Znajdź
różnicę, między braniem przykładu z innych, a porównywaniem siebie do innych. Możesz robić to pierwsze, to drugie sobie odpuść,
nie prowadzi do niczego dobrego.
Chciałabym,
żeby śpiewała za Edith Piaf „Non,
je ne regrette rien...”, żebyś nigdy nie miała ochoty ochoty
cofnąć czasu, żebyś pamiętała przyszłość, żyła
teraźniejszością, i myślała o przyszłości. Powinnaś się w
końcu tego nauczyć. Czas nie jest Twoim wrogiem. Nie powinien być.
Do
tego życzę Ci : Warszawy, Londynu, Berlina, Nowego Yorku, nieskończonej ilości zajebistych książek, czasu
na przeczytanie tych wszystkich zaległych artykułów, które masz
pozaznaczane i odłożone, możliwości zaprojektowania własnego
domu i zaaranżowania go, zawsze ładnie pomalowanych paznokci,
niekończącej się rukoli i niskokalorycznej pizzy, poranków na
plaży, możliwości podróżowania, i zrealizowania planu eurotripa,
sushi raz w tygodniu, Chanelki, wydania zbioru opowiadań, kolacji z
przyjaciółmi, żeby ktoś kiedyś zadedykował Ci książkę,
jaśminowych perfum, kilograma pistacji, darmowych biletów na te
wszystkie festiwale muzyczne i filmowe, które się szykują tego
roku, tego psa co był w Masce, wycieczki z Thelmą i Louise, żeby
młody Vincent Cassel był Twoim kochankiem, Chet Faker układał dla
Ciebie piosenki, Flume zagrało na Twoich następnych urodzinach, Amy
Winehouse zmartwychwstała i napiła się z Tobą wódki, i zrobiła
Ci tatuaż na imprezie, żeby Kanye West napisał o Tobie post na twiterze, a Edgar Keret wypił z Tobą wiadro kawy.
Życzę Ci, żeby Twoja córka zawsze patrzyła na Ciebie tak jak teraz, z miłością, podziwem i zaufaniem, żeby była z Ciebie dumna i żebyście inspirowały siebie nawzajem, żebyście bawiły się ze sobą najlepiej na świecie, żeby zamiast Lala mówiła do Ciebie mama i żeby w przyszłości wiedziała, że warto rozmawiać. Z Tobą. O wszystkim.
Miłości
Ci życzę, dzięki której będziesz chodzić 30 centymetrów ponad
chodnikami, która Cie uskrzydli, ożywi, zregeneruje, ukoi (brzmi to jak reklama kremu do rąk, który też Ci się przyda), popchnie do poznania siebie na
nowo, nie wyrwie Ci serca, tylko złapie je, ściśnie, i je ogrzeje, która
Cie pogłaszcze po głowie i sprawi, że będziesz się czuła
najważniejsza na świecie. Dla kogoś. (Okej, tak się czujesz
dzięki miłości rodzicielskiej, ale zasługujesz na true romance. )
Więcej
na ten temat wkrótce! Teraz pędzę, aby odwiedzić Poznań, miasto
doznań. Krynia spędza weekend z tatą, więc mama Maja będzie
udawać, że jest beztroska i że ma urodziny w piątek i w sobotę,
a nie w poniedziałek.
Ostatnio
mój highlife ogranicza się do słuchania za głośno muzyki,
przechodzenia na czerwonym świetle i przedawkowania zielonej
herbaty. Ja wiem, życie na krawędzi. Postanowiłam więc pomóc
przygodzie i pojechać autostopem, ale wczoraj zgrzeszyłam. Ja Maja,
na drugie mi hipokrytka. Trafiłam wczoraj na imprezę na
kortowiadzie. Chociaż to miejsce, w którym się bawiłam kortowiady
nie przypominało ani trochę. Ludzie nie aż tak bardzo pijani i
muzyka zajebista i pod sceną nie było pogo. Zero golizny i
agropola. Dzięki Trap nie Disco za zajebisty balet. Przez który nad
ranem podróż na stopa wydawała mi się logistycznie niemożliwa...
Ale
dzień jeszcze nie stracony, szansa nie zmarnowana, PKP na pewno
zorganizuje mi jakieś przygody. Co prawda dzisiaj klimat mamy dobry,
ale nic nie stoi na przeszkodzie, żeby sobie postać chwilę na polu
i pokontemplować przyrodę i snuć refleksje nad swoją matczyną
rolą. Śledźcie mnie na blogowym Instagramie gdzie
będę relacjonować wyzwanie pod tytułem pociąg.
Czy macie kogoś wokół
siebie, kto nie jest z wami powiązany więzami krwi, nie macie
wspólnej babki, nie odziedziczycie dworku rodzinnego, ani nawet
cukiernicy, nie jesteście też powiązani żadnymi umowami
notarialnymi, nie dzielicie się kurtuazyjnie opłatkiem w czasie
świąt, ale biegniecie na spotkanie z nim 5 minut po wigilijnej
kolacji? Jasne, że macie. To przyjaciel.
Przyjaciel Młodej Matki
to o tyle ciekawa rzecz, że go wcale być nie musi.
z tym, że Twoje
priorytety, czy chcesz tego czy nie (za każdym razem jasno dajesz
do zrozumienia, że nie chcesz), nie są już takie same jak były
kiedyś
na pewno nie są
takie same jak jego. Przyjaciela owego. Hipotetycznego
z tym, że dla
Ciebie spontaniczny wypad MUSI być zaplanowany
z tym, że plany na
pewno ulegną zmianie, bo dla takiego małego, sprytnego,
autorytarnego bobasa nie bardzo istotne jest to, że Ty się gdzieś
umówiłaś. Ważniejsze są teraz inne rzeczy. Papka z jabłka, na
przykład. (Za przykład możesz sobie dobrać naprawdę każdą,
nawet tą najbardziej abstrakcyjną rzecz. Niewykluczone, że nam
się to trafiło.)
z tym, że jak masz
'czas wolny' to nie zawsze chcesz się spotkać. Zmęczenie bije po
twarzy i mówi 'uspokój się, odpuść sobie, obejrzyj pięć
odcinków „czegokolwiek”
z tym, że jak tego
czasu nie masz, to akurat wtedy chcesz się spotkać. Na spotkaniu
nerwowo patrzysz na telefon, czy przypadkiem aktualny opiekun
Twojego dziecka nie dzwoni na alarm
z tym, że SZYBKIE
wyjście z domu zajmuje Ci minimum godzinę, bo chcesz ukryć
wszelkie oznaki tego, że toczysz walkę pod tytułem macierzyństwo
z tym, że kilka
razy w czasie rozmowy podnosisz swoje dziecko na wysokość twarzy
rozmówcy i pytasz 'ładna jest, co nie?'
z tym, że dodzwonienie się do Ciebie graniczy z cudem, zawsze masz wyciszony telefon, żeby nie obudzić bobaska gdyby spał
z tym, że
najczęściej spotkanie odbywa się w Twoim domu. Mało w Twoim
mieście kawiarni kids friendly (mało = zero), nie pójdziesz też
z dzieckiem na imprezę. Mimo tego, że te często zaczęły tam
swoją przygodę, jakoś nie są mile widziane
z tym, że często
jesteś poirytowana, sfrustrowana, zmęczona, zła nie wiadomo na co
z tym, że często
jesteś szczęśliwa, dumna, szczęśliwa, spełniona, szczęśliwa.
Ale są tacy, którzy się
zgrywają. I im bardzo dziękuję. I doceniam.
I wiem, że moje bobo też
dziękuje.
PS: W sklepie pełno
przaśnych napisów „I love my mom”, „Sweet like mummy, cool
like daddy” (w naszym przypadku powinno być odwrotnie), „kocham
wszystkie mamy, tatusiów i babcie i dziadków też kocham, i jak
rodzeństwo jest, to je też kocham.”
Producenci nie biorą pod uwagę przyjaciół rodziców, którzy stają się przyjaciółmi dzieci. Postanowiłam wziąć sprawę w moje niesamowicie zręczne rączki and DO IT YOURSELF.
Skromne podziękowania dla jednej z cioć. Młoda sama podyktowała co mam napisać.
Moje imię to Maja, moje nazwisko przepiękne, panieńskie, mój wiek to wspaniałe 21 (jeszcze tyle czasu do przewidzianej, honorowej, słynnej śmierci w wieku 27 lat!), moja mała Ameryka to jak na razie Olsztyn (chociaż zawsze podejrzewałam, że Warszawa), moje marzenia to PWSFTviT w Łodzi, moje serce rude, mój zapał słomiany, a mój teraźniejszy zawód to zawód-matka.
Szok? Szok. Element zaskoczenia, szczególnie dla mnie! Jedno drugiego kompletnie się nie trzyma, bo jak trzymać w głowie plany o filmówce, sławie i bohemie artystycznej gdy trzyma się na rękach małego człowieka, który jest dziesięciokilogramowym workiem cukru, i stu kilowym obowiązkiem.
Do rzeczy - pomimo wszelkich możliwych utrudnień staram się przełamać konwenanse dotyczące młodej matki i kombinować jak tu dalej żyć człowieku w zgodzie z kulturą,
z bieżącymi wydarzeniami.
Ba! Jak żyć w zgodzie z innymi ludźmi! Normalnymi (czytaj : bezdzietnymi). Trzymam też sztamę ze swoją kreatywną stroną mózgu podczas codziennej pielęgnacji mojego malutkiego ziomka (właściwie to ziomalki, ale to chyba najbrzydsze słowo świata, chociaż ostatnio zostałam nazwana kobietą- ziomalką, co bardzo mi schlebia, dunno why), wymyślam sposoby na to, aby nadal rządzić światem bez wychodzenia z domu.
Lubię pisać, biorę udział w lokalnych konkursach literackich, nawet postudiowałam chwilę filologię polską na rodzimym uniwersytecie, na którym też uczęszczałam do koła „Inter Gender”, które jak pewnie się domyślacie zajmuje się zagadnieniem, dla mnie najciekawszym na świecie - gender - dżender. Próbowałam też rok temu dostać się na produkcję i organizację filmową w Łodzi, ale rozmowa kwalifikacyjna mi nie poszła, do dziś podejrzewam, że było to spowodowane zmęczeniem podróżnika, czyli podróżą na stopa z Olsztyna i ciągłym strachem, że nie wyrobię się na Openera do Gdyni, który zaczynał się tego samego dnia. Ups.
I chyba już wiem, co zrobić. Pisać o superinteresujących przygodach młodej, nie do końca samotnej matki, o tym, jak nie zostać w tyle, jak trzymać się w ryzach przy znajomych, którzy non stop gadają o problemach z promotorami swoich prac licencjackich, gdy w mojej głowie wierci się pytanie o to, czy ta plama na twarzy Młodej to wysypka, czy też zwykły syfek. Oni zastanawiają się, czy pójść na imprezę do Powiększenia czy do Pawilonów, a ja myślę, czy Młoda będzie pamiętać, że dzisiaj spadła mi z kanapy.
Mogłabym napisać o codziennej frustracji, przemieszanej z niewyobrażalną miłością,
o tym, jak bardzo obraża związek frazeologiczny matka-polka, o brudnych pieluchach przed obiadem, o plamach po mleku na imprezowych ubraniach, o wszystkowiedzących babciach, o problemie adopcji w Polsce, w którym brałam udział, o społecznym zakłamaniu wobec młodych rodziców, o hajsie. O tym, że dylematy to nieodłączny element gry o nazwie dorosłe życie. Mogłabym napisać też o tym, jak trudno było mi pogodzić się z myślą, że muszę zaopiekować się czyimś życiem, gdy jeszcze nawet nie potrafię zaopiekować się sobą.
Trochę to pesymistyczne się wydaje, ale mogę dodać, że gdy pisałam to w przemiłej kawiarni, z wybornym koktajlem, w głośnikach leciał Bonobo, a naprzeciwko mnie widziałam plakat o treści„marzenia są dla tych, którzy potrafią naprawdę wierzyć”. Plakat jest trochę kiczowaty, ale nie do końca, bo w słowie wierzyć literki w, i, e, r są lekko zamazane. Trzeba żyć. A ten kto dał życie drugiej osobie, chyba żyje podwójnie, co?